środa, 10 luty 2010 00:00

Historia pewnego klenia (opowiadanie)

Napisał
Oceń ten artykuł
(1 głos)

Chyba żadna ryba nie zafascynowała mnie tak jak kleń właśnie - wydaje ci się, że wiesz o niej wszystko, że nic nie jest cię w stanie zdziwić. Ryba chimeryczna, kapryśna, a do tego niesamowicie płochliwa. Nieraz dostarczy ci niesamowitych emocji i prawdziwego wędkarskiego szczęścia. A nieraz da doskonale odczuć co to znaczy gorycz porażki i zwątpienia w siebie. Chyba żadna inna ryba nie daje takich wyraźnych i bolesnych lekcji pokory.

Wypatrzyłem przyczajonego pod powierzchnią, pod okapem z gałęzi klenia. Stoi pod taflą wody i czeka zwrócony do nurtu. Obserwuje potwierdzając swoją aktywność od czasu do czasu wypadem ku powierzchni ale momentalnie wraca na swoje miejsce i tylko ruch pokryw skrzelowych informuje o celności takiego wypadu. Stoję po drugiej stronie. Oceniam spokojnie odległość 20-30 metrów, mniej spokojnie szacuję rozmiary ryby 2 - 2,5kg. Miejsce piękne, nieraz koło niego przechodziłem i zawsze mi się podobało. średni uciąg, delikatna zatoczka ograniczona 3 wielkimi kamieniami. Dość głęboko może 2, może 2,5 metra. Ale pozycja nie jest łatwa,  zwisające nad samą wodę gałęzie utrudniają podanie blaszki, a i jeszcze, teraz to widzę jakiś krzak poniżej ostro piłuje wodę. No! nie jest łatwo! Ustawiam się trochę powyżej jego stanowiska. Wiem, że może jeśli nie uda się podać przynęty za pierwszym razem, to drugiej szansy ryba może mi już nie dać. ...świst  żyłki i  mepps comet srebrny w niebieskie kropki ląduje dokładnie tam gdzie zamierzałem, tam gdzie sobie wymarzyłem.. Ryba momentalnie robi zwrot! już wydaje się że w pierwszym odruchu uderzy w przynętę nawet nie zdążywszy jej dokładnie zidentyfikować i...

...klenisko wyhamowuje tuż przed przynętą. Na powierzchni spore zawirowanie i widzę jak ryba odprowadza blaszkę jeszcze przez jakieś pół metra po czym zawraca na swoje stanowisko. A było już tak blisko! Ale nic to. Na szczęście się nie spłoszył. Wygląda całkiem jak wtedy, kiedy go tu zastałem, może przesunął się nieznacznie bliżej tego niebezpiecznego krzaka, który mnie trochę denerwuje ale na szczęście to zamieszanie, które spowodowałem nie zrobiło chyba na nim żadnego wrażenia. Nadal spokojnie zamiata wodę potężnym ogonem. 

Czyli powtórka! dziesięć kolejnych rzutów i za kazdym razem reakcja ryby. Początkowo jakieś zainteresowanie mniej lub bardziej gwałtowny wypad, albo tylko zwrot w kierunku zawirowania wody spowodowanego przez wpadającą blaszkę i tyle. Klnę pod nosem. Chwila przerwy, ryba w moich wyobrażeniach rośnie jeszcze bardziej. Mówie do siebie; a widziales ty te zawirowanie po pierwszym wyjściu? on musi miec ze 3 kilo, jest przepiękny w życiu nie miałeś takiego! Tylko nie spieprz tego! masz czas - kolejny papieros. Kolejny rzut, blacha ląduje na konarach (piiii piiii piiii). Tylko tego mi brakowało (pii pii)! siedzi mocno. Wolę nie ryzykować, gdybym próbował szarpać ryba wyniosła by się na pewno. Odcinam żylkę. 

Montuję lżejszego mepsa 00, ze skrzydełkiem w ksztalcie serduszka. Pracuje dość agresywnie pod samą powierzchnią imitując przy okazji jakiegoś zabłąkanego owada. Ryba ignoruje kolejne dziesieć, dwadzieścia rzutów. I to nawet nie tyle ignoruje, nie - to bym jeszcze jakoś przełknął - brak zainteresowania,  no cóż nie ma dzis ochoty na treściwy posiłek z 2 gramowego kawałka blachy - ale to klenicho perfidnie bawi się ze mną. Potrafi opuścić swoje stanowisko, wykazuje zainteresowanie, już wydaje mi się że uderzy... a tu nic za każdym razem to samo, odwrótt na swoje stanowisko. Spokojnie odprowadza przynetę, czasem przyspiesza, wydaje sie że j u ż !  a tu nic. Myslę - chociaz byś się cholera wreszcie spłoszył, poszedł bym niżej i na pewno bym coś jeszcze trafił. Za zakrętem jest ciekawe bystrze, może jakiś pstrąg. Ale nie! on uparcie tkwi w swoim miejscu,
wykazuje zainteresowanie moimi swiecidelkami. Kurcze przecież on się ze mną  bawi!!!! Chwila oczekiwania, teraz teraz teraz, a po sekundzie znowu gorycz porażki - ja nie odpuszczę kolejna przyneta...  kolejna...

..i po takim szperaniu w pudełku zawiązałem brązowego woblerka gotowy do kolejnego rzutu.... patrzę gdzie by go tu położyć, ale ryby już nie ma! Nic go nie spłoszylo! dlaczego odplynął? Przecież dla mnie wydawał się już być nieodłącznym fragmentem tego miejsca, tak jak zwisająca gałąź, albo krzak poniżej. Stoję jeszcze chwilę, ale on po prostu sobie poszedł. Znudziła go ta gra. Ale ta zatoczka wydaje się być teraz pusta. Dzisiaj już nie rzucam idę do domu mam już dość! Patrzę na zegarek trzy godziny, trzy godziny spędziłem w tym miejscu... 

tekst ten opublikowałem wcześniej na grupie dysk pl.rec.wedkarstwo

 

Czytany 1367 razy Ostatnio zmieniany sobota, 05 styczeń 2019 23:02